50 twarzy Tindera – Joanna Jędrusik

50 twarzy tindera

Miesiąc zeszedł od przeczytania tej książki do decyzji o napisaniu czegoś o niej. Bo jeśli bym ją pominęła – żadnej straty by nie było. I tak nie polecam jej czytać. Chyba że ktoś lubi marnować czas, tak jak ja. A było to tak… Weszłam na to nieszczęsne Legimi z myślą „NIE BĘDĘ JUŻ CZYTAĆ NICZEGO O MÓZGU, O ROZWOJU OSOBISTYM, O PSYCHOLOGII. PORA NA JAKIŚ LUZIK”. No ale książek na miesiąc mogę wybrać siedem. Pokusa zatem była spora. Wleciał więc jakiś wszechświat, jakieś bakterie jelitowe, wszystko czego nie wiesz o skórze, pewność siebie i takie tam. (O wszystkim napiszę w następnych tygodniach). Zostało miejsce na dwa luziki. I teraz o jednym z nich. 50 twarzy Tindera. Otóż opis wydawniczy już powinien dać mi do myślenia, ale nie dał. Nic mi nie daje nigdy do myślenia. I czytam ten opis: fascynujący autobiograficzny reportaż o poszukiwaniu bliskości, seksu i sensu, praktyczny poradnik randkowania i obsługi relacji damsko-męskich.

Nauka obsługi…

50 twarzy tindera książka

No i super. Na samym początku przymiotnik, który copywriterzy wcisną wszędzie, jeśli nie wiedzą, co napisać. Fascynujący. Fascynująca książka. Fascynujące przygody. Fascynujące życie. Fascynujący reportaż!!! No i trzeba trochę wpłynąć na czytelniczKI, więc zaraz obok seksu pojawia się sens (bośmy przecież nie takie płytkie). I co ważne – TO PORADNIK!! PRAKTYCZNY. Przeczytam i nauczę się randkować i obsługiwać relacje damsko-męskie. (Kursywa przy obsługiwać specjalnie, żeby podkreślić, jak bardzo idiotyczne jest używanie tego orzeczenia do takiego akurat dopełniacza). Ale oczywiste jest, że nie każdy czyta opis wydawniczy, bo w sumie po co. TYTUŁ mówi wszystko. I tu także. 50 twarzy Tindera.

Reportaż autobiograficzny?

ksiązka 50 twarzy tindera

Tak, tak, właśnie tak. Czytelna aluzja do innej książki, więc nawet nie trzeba o tym mówić. I czegóż się dziewczyno spodziewałaś po tym tytule, he. A w sumie to wyszło inaczej – bo ta książka jest smutna. Tak normalnie smutna, a że to autobiograficzny reportaż, to tym gorzej. Bo zwykła fikcja to tam wiesz. Czytasz i myślisz co ten bohater tam odpierdala. I nawet się uśmiechniesz albo uronisz łezkę, bo akurat taki moment cyklu wypadł i tak się hormony poukładały, że wzrusza cię byle co. Ale jak to jest autobiograficzna opowieść, to już robi się bardziej przykro. Bo świadomość, że ktoś serio tak bardzo nie radzi sobie ze sobą. I że ten ktoś sobie tam gdzieś żyje i jest taki rozjechany, choć myśli, że nie jest.

Ale kto wie, czy koloryzowany

No ale nie popadajmy całkowicie w takie myślenie, bo przecież koloryzować każdemu się zdarza. Przykładem niech będzie James Frey i jego Milion małych kawałków, który sprzedał genialnie jako własne wspomnienia (zapomniał na początku powiedzieć, że wymyślone). Albo ten, no.. Jak się nazywał ten gość, który ponoć zgwałcił jakąś miss-kę, i na skutek tej historii zwiększyło się zainteresowanie jego autobiograficzną, wydaną rok wcześniej, książką o rockendrollowym życiu, więc zaczął twierdzić, że to było wymyślone? No nieważne. Ale był taki.

Może 50 twarzy Tindera to autobiografikcja?

Mogę więc na to patrzeć jak na fikcję. Fikcję autobiograficzną? No prawiem wymyśliła nowy gatunek, ale okazuje się, że jakiś bystrzacha wpadł na to przede mną i istnieje coś takiego jak – uwaga – autobiografikcja. Mało tego, pojęcie pojawiło się 116 lat temu (to wikipedia, nie moja wiedza). Cytuję: cała fikcja jest autobiograficzna i cała autobiografia jest fikcyjna (…) jaźń autora jest „jaźnią stworzoną przez odgrywanie ról, ponieważ autorzy świadomie i celowo zmieniają się w kształty innych podmiotowości, ujawniając w ten sposób performans osiągnięcia dowolnej podmiotowości”. Może.

Cała prawda o Tinderze

książka o tinderze

Mogę spoilerować, bo i tak tej książki nie przeczytacie, co? Otóż pani trzydziestoparoletnia rozstaje się z mężem i poznaje smak życia. Przynajmniej tak to sobie tłumaczy. Zaczyna się niewinnie, bo poznamy parę statystyk na temat Tindera (soł – używa go co piąty młody dorosły, a 40% użytkowników ma stałych partnerów) oraz sposób selekcji autorki (oczywisty).

Pani wymieni też kilka ‘typowych typów’ (to wszystko prawda), czyli ziomków z dziwnymi dziarami, narodowców (kysz), dresików, carpe diem, ons, fwb, 420. Na razie fajnie, język dość ironiczny, w sumie można się pośmiać. Trochę śmiech przez łzy, bo właśnie wiem, że TAK WŁAŚNIE TAM JEST i tacy są ludzie, i w ogóle oni chodzą normalnie po ulicach i dopiero na tinderze prosto z mostu się ujawniają, że bronią kobiety przed uchodźcami, bronią kościołów, że mecz, że dres, że nowy zegarek najważniejszy, że kiełbie we łbie, ale chociaż przystojny i takie tam. Czy ja właśnie zaczynam rozpaczać nad tym, jak to wszystko wygląda? Ubolewam nad kondycją współczesnego społeczeństwa?XD A gdzie tam. Samo mi się tak pisze. W gruncie rzeczy mam to chyba w nosie.

Ale to smutna prawda

o depresji w 50 twarzach tindera

Żeby nie było też, że tylko panowie tacy się zdarzają. Otóż normalni panowie mogą za to trafić na taką panią z takim podejściem jak bohaterka książki, więc równowaga w przyrodzie zostaje zachowana. I pisząc „z takim podejściem” wcale nie mam na myśli TAKIEGO podejścia, jak wy myślicie. I tu dochodzę właśnie po tym długim WSTĘPIE (XD) do sedna: chodzi o to, że bohaterka ma problemy natury psychicznej. Depresję lub coś więcej. I szuka pomocy nie tam, gdzie powinna. Szuka bliskości, wsparcia, pomocnej dłoni wśród ONSów, którzy przecież jej nic z tego nie dadzą. Jeśli bliskość, to tylko chwilowa. (Czy ja poetka? Wcale nie, to już było w pewnej piosence, ale zmieniłam słowo, żeby mi do tekstu pasowało).

Diagnoza społeczeństwa, dlaczego nie siebie?

o 50 twarzach tindera

Pani niestety nie rozumie samej siebie. Uważa, że ma „dość spory naddatek empatii”, bo „zdarza mi się lądować z kimś w łóżku tylko po to, żeby poczuł się lepiej”. Równocześnie „kolekcjonuje zakompleksionych gości na pęczki”, bo „są łatwi jak sprawdzian z Present Simple” i dzięki nim może „zbierać punkty doświadczenia”. Soł trochę z tą empatią nie tego, skoro równocześnie traktuje ludzi przedmiotowo. Ba, żeby innych ludzi traktować przedmiotowo – to jeszcze pół biedy. Ale samą siebie traktować przedmiotowo, to już jest level jednak wyższy.

Był moment, kiedy myślałam, że bohaterka książki 50 twarzy Tindera dochodzi do dobrych wniosków: „większość z nas ma uszkodzone poczucie własnej wartości”. Tylko szkoda, że diagnozuje innych, a sama z identycznym problemem radzi sobie w zły sposób. No nie tędy droga. Żeby tego było mało – ocenia, że prawie każdy facet z tindera ma problemy. Depresję. Pani, weź zdiagnozuj siebie najpierw. Tu niska samoocena, problemy z poczuciem własnej wartości i depresja wychodzą z każdym słowem i tu jest konieczna terapia, a nie ‘bo ja się ładnie ubiorę, to mi facet sprzeda komplement i od razu się uśmiecham i życie jest piękne’.

To dalej gramy w Tindera…

Autorka porównuje Tindera do gry i na tym buduje narrację. Jest też piękny młodzieżowy język. Pukać koleżankę z pracy (może można), pierdolony pokemon, skurwiel, depresyjna spierdolina, pełna gówna. Ale ogólnie językowo jest nawet fajnie. Bogaty zasób słownictwa i takie tam. Dobrze by się czytało, gdyby nie to, że depresja i problemy bohaterki z samą sobą wylewają się z każdej kartki.

Objawienie

I nagle uwaga. Pod koniec książki przychodzi objawienie. Autorka nagle ma mądre przemyślenia i zastanawiam się, czy to wszystko wcześniej, to nie była pokazówa, a teraz dopiero pani jest szczera. I że ja się dałam nabrać tak łatwo (czyli literacko dobre to było, skoro tak wyszło). Pojawia się fragment o chorobach cywilizacyjnych – właśnie o depresji; a także o tym, że propagowane wszędzie podejście możeszbyćkimchcesz i skyisthelimit może niejednemu źle narobić w głowie, bo rzeczywistość często po prostu bywa trudna.

Autorka opowiada nawet, ile wydawała na terapeutę po rozstaniu z mężem. A więc jednak jakaś terapia była – szkoda tylko, że w jej trakcie autorka nie skupiła się na sobie, tylko na tinderach. De facto autorka dochodzi do takich samych wniosków: Chodziłam na świetne, pełne ciepła czy seksu randki, a po nich wracałam do czterech ścian i płakałam. (…) Co chwila robi mi się źle. Co chwila jakieś myśli sprawiają, że ściska mnie w gardle. (…) Tak to właśnie wygląda na tinderowych randkach. Projektuję czyjeś zachowanie, kłamię i gram, żeby osiągnąć bliskość.No całą książkę czekałam na to, aby bohaterka dowiedziała się, że seksem nic nie naprawi, że ludzie z zewnątrz jej nie pomogą. A na pewno świat zewnętrzny nie sprawi, że ot tak jej depresja zniknie. Może ja powinnam czytać same zakończenia, to nie będę tak przeżywać?