Mafia po polsku

Mafia po polskuCzy w naszym kraju działa mafia? Z pewnością większość z nas kojarzy jedynie gang pruszkowski – w dodatku jako łysych karków, którzy po prostu siali postrach “na dzielni”. Ale mafia taka jak rodzina Corleone? Może na naszym gruncie to rodzina Przywarów z gdańskich Stogów? W końcu to więzi rodzinne są często najsilniejszym czynnikiem spajającym grupę przestępczą.

Bertold Kittel, swoją książką Mafia po polsku, stara się nam przybliżyć naszą rodzimą siatkę przestępczą. Przed rozpoczęciem lektury czytam krótką notatkę o autorze, która została umieszczona na tyle okładki. Bertold Kittel to dziennikarz śledczy, który publikował dla Super Expressu. Hm, niezbyt zachęcająca reklama – zwłaszcza że Super Express to dla mnie brukowiec wyjątkowo niskich lotów. Dajmy autorowi jednak szansę – w końcu ten czterdziestodwulatek ma na swoim koncie kilka nagród za dziennikarstwo śledcze prowadzone na najwyższym poziomie. Czy Mafia po polsku to także publikacja godna uwagi?

Myślałam, że książka dogłębnie przedstawi struktury polskiej mafii, że poznamy groźnych przestępców niemal tak dokładnie jak rodzinę Corleone – Mafia po polsku ma jednak tę przewagę nad fikcją Puzo, że to wszystko dzieje się naprawdę, i to wokół nas. Gangsterzy uczestniczą w życiu miast pod maską cenionych przedsiębiorców i zasłużonych obywateli. Możemy iść wieczorem do pubu i nawet nie wiedzieć, że kilka stolików dalej siedzi gość, który zlecił niedawno zabójstwo dawnego kumpla za złamanie przez niego zmowy milczenia. Omertà to cenione niepisane prawo nie tylko na sycylijskim gruncie, ale i na naszym polskim błocie. Niestety Bertold Kittel w swojej książce tak naprawdę traktuje ten temat nieco po macoszemu. Wychodzimy bowiem od afery Amber Gold – próbując zgłębić, kim jest Marcin P., oskarżony o wyłudzenie pieniędzy od tysięcy klientów. Członkowie mafii pojawiają się w książce jakby na marginesie – właściwie poznajemy jedynie gangsterów z trójmiasta – i to dlatego, że są podejrzenia, iż to jeden z nich stoi za Amber Gold, a Marcin P. jest jedynie słupem. To nie są żadne nowości – Bertold Kittel wspomina o tym, o czym w 2012 roku spekulowały gazety. I właściwie do żadnych nowych wniosków nie dochodzi.

Reportaż śledczy składa się z trzech części. W pierwszej z nich ukazane zostało właśnie spojrzenie od środka na Amber Gold – to dokładnie opisany, rzetelny fragment, z którego wiele można się dowiedzieć, zwłaszcza jeśli ktoś nie śledził na bieżąco postępów w związku ze sprawą. Przerywnikiem jest część druga, która mówi o przeszłości – właśnie o gdańskiej mafii. Bardziej wrażliwi czytelnicy mogą się przerazić – tego, że te rzeczy dzieją się tak blisko nas (“Ciało zakopali pod podłogą i zalali betonem”), a przestępcy są całkowicie bezkarni. Mają na koncie kilka, niektórzy nawet kilkanaście rozpraw, wyroków w zawieszeniu. I nic. Jan Przywara z gdańskich Stogów zastanawia się nad kupnem zabytkowej gotyckiej Bramy Stągiewnej, bo niby, czemu nie? W więzieniu przecież nie siedzi. Fragment, w którym opisywany jest skorumpowany wymiar sprawiedliwości, sprawia, że już nie dziwimy się, dlaczego Tygrys mimo oczywistych win nadal jest na wolności. Tu znów cios w osoby tak oderwane od rzeczywistości i naiwne jak ja. Że ktoś, kto stoi na straży przestrzegania prawa, może brać pieniądze i sprzedawać za nie swoją moralność i poczucie sprawiedliwości. Że sędzia czy adwokat to nie osoby pełniące swoje zawody “z powołania”, tylko w sumie ludzie, którzy niczym nie różnią się od przestępców… Też chcą się dorobić, nawet nieetycznymi i niemoralnymi sposobami. Smutno się o tym czyta (Kittel wspomina też o korupcji w służbie zdrowia, również warty uwagi fragment). Trzecia, ostatnia część reportażu, to opis przeszłości Marcina P. – jego wcześniejszych firm, a także lat młodości, kiedy poszedł na moment do seminarium, aby zostać księdzem.

Bertold Kittel jawi nam się jako rzetelny badacz – raz po razie wspomina, że przeczytał kilkadziesiąt tysięcy stron akt, przeprowadził mnóstwo rozmów z osobami, które w jakiś sposób mogły być powiązane ze sprawą lub mogły posiadać jakieś wartościowe informacje. Co dobre w tej książce – to, że autor nie zasypuje nas setką newsów od razu, a opisuje powoli, krok po kroku, jak prowadził śledztwo dziennikarskie. Przytacza fragmenty z gazet i stron internetowych, z którymi czasami polemizuje. Pokazuje, jak trudna jest praca śledczych, biorąc pod uwagę nierzadkie sprzeczności w zeznaniach oraz to, że często ktoś próbuje podrzucić mylne tropy. Opisuje krótko i przejrzyście znane metody prania brudnych pieniędzy (zgodnie z raportem Generalnego Inspektora Informacji Finansowej). To wszystko ciekawe sprawy, ale są tutaj właściwie podane mimochodem, bo trzon książki stanowi oczywiście afera Amber Gold. Jestem tym zawiedziona, gdyż wolałabym właśnie bardziej rozległą treść niż skupianie się wokół jednej postaci, Marcina P.

Plusem jest więc to, że autor wprowadził do książki krótkie opisy najbardziej znanych przekrętów finansowych nie tylko w Polsce, ale i na świecie, historię piramidy finansowej, przemytu samochodów, afery paliwowej, a także opis kilku spraw związanych z porwaniami w naszym kraju (np. sprawę Krzysztofa Olewnika). Jednak to mało, o wiele za mało i wolałabym, aby te kwestie były bardziej rozwinięte. Podobnie w kilku słowach wspomniany został były piłkarz klubu Arka Gdynia, który po skończeniu kariery na boisku zaczął robić inną – i stał się baronem narkotykowym.

Z pewnością jeśli wiedziałabym wcześniej, że książka dotyczy Amber Gold, to lektura byłaby dla mnie przyjemniejsza – nie spodziewając się ograniczenia tematu do jednej afery, poczułam się trochę zawiedziona treścią. Niemniej to z pewnością będzie ciekawa lektura dla osób, które śledzą nasze krajowe afery. W tym roku mija pięć lat, odkąd Marcin P. siedzi w areszcie. Dalej nie wiadomo, czy dyrektor finansowy Amber Gold to jedyna osoba odpowiedzialna za pranie pieniędzy, czy może był on jedynie słupem, a za tym wszystkim stoi ktoś zupełnie inny.